Pytania. Pytania, na które chyba nikt poza bytem absolutnym nie zna odpowiedzi. Co ja tu właściwie robię? Jaki jest cel tego, że żyję, że żyję akurat w tym miejscu i akurat w tym czasie? Tak bardzo pragnę to wiedzieć... Wiem, że ten cel istnieje. Nie jest nim na pewno zdobycie pozycji społecznej, zrobienie zawrotnej kariery, najczęściej poprzez uczestnictwo w pogoni za pieniądzem i władzą. Nie jest nim założenie rodziny, kupno domu, samochodu, wyjazdy z rodziną do Tunezji na wakacje. Później emerytura i adieu... Co w takim razie jest moją misją, tu na tym świecie, w tej rzeczywistości? Kim jestem?
Tak ciężko jest robić rzeczy, które nie mają sensu, ba, nawet zwykłego logicznego wytłumaczenia. Gdzie jest motywacja i perspektywy? Tak, dokładnie - nie ma ich. Ucz się, zadbaj o swoją przyszłość i pozycję! Ucz się kolejnej porcji kompletnie bezużytecznych informacji, zostań trybikiem w maszynie nakręcającej paranoję tego świata. Później odjedź na złotym rydwanie zostawiając za sobą tumany piachu. Odjedź do swojego nieba, które prawie niczym nie różni się od tego co za sobą zostawiłeś.
- Czy czasem masz wrażenie, że nie pasujesz do tej rzeczywistości, że jesteś jakby z innego świata? - Tak! - odpowiedział zgodnie dziesięciotysięczny tłum.
Głośny trzask tłuczonego szkła przywołał Johna do świadomości. Nerwowo zerknął w prawo, śliczna kelnerka o północnej urodzie równie nerwowo zamiatała stłuczoną szklankę z grzanym korzennym piwem, ulubionym zimowym napojem Johna. Od razu uderzył go znajomy słodki, świąteczny zapach. - To na pewno praca daje mi się we znaki, muszę się zrelaksować, i to szybko - pomyślał.
Tak jak przypuszczał, kobiety w rogu sali już nie było. - Pewnie wyszła kiedy miałem ten... kiedy... Nic nie pamiętam. Może jej tu w ogóle nie było... Może w ogóle nie istnieje. To wszystko przez tę wredną sukę, wciąż nie mogę o niej zapomnieć, a może nie chcę? Nie wiem. Jedyne co wiem to to, że zamarzam, muszę się czegoś napić i to zaraz. Muszę. John nie zastanawiając się długo, szybko udał się w stronę baru, po drodze nie omieszkał wdepnąć w kupkę zebranego szkła pozostawionego przez śliczną północną kelnerkę. Zamówił swoją ulubioną kawę po francusku z waniliowo-wiśniowym aromatem. Pachniała wybornie i smakowała jeszcze lepiej. John gdyby go było stać, zapewne pijałby ją codziennie... - Gdyby mnie było stać... Wyjechałbym z tej dziury (miasto, w którym mieszkał dziurą bynajmniej nie było) i zaczął wszystko od nowa. Całe życie, a co. Czemu nie. Rzuciłbym w cholerę tę okropną pracę. - John bardzo lubi swoją pracę, ale na coś musiał zwalać przyczynę swoich humorów i coraz częstszych depresyjnych nastrojów, a że z Amy się rozstał, została mu praca. - Wyjechałbym gdzieś, gdzie ludzie są mądrzejsi i bardziej przyjaźni. Gdzieś gdzie potrafią docenić starania "bliźniego". Bliźniego... Dobre. Kochaj bliźniego swego jak siebie samego. Tylko, że ja siebie nie darzę tym wspaniałym uczuciem. - I czar prysnął. - John obalił kolejne przykazanie, podciągając je do swojej sytuacji i swoich teorii. Obalił? Może tylko wyjaśnił, może odkrył tylko symbolikę, tak głęboko wrośniętą we wszystkie religie. Nie tylko religie. W rzeczywistości jest więcej symboli niż rzeczy pewnych. Drżyjcie sceptycy.
- Cholera, już tak późno! - John ze skwaszoną miną zerknął na swój wspaniały wielofunkcyjny szwajcarski zegarek. Sam już nawet nie wiedział dlaczego skwaszoną; czy przez to, że nie zauważył dwóch godzin spędzonych nad małą filiżanką kawy czy przez to, że zegarek był prezentem od Amy. Szybko zarzucił na siebie płaszcz, włożył czapkę, mocno obwiązał się szalikiem i wyszedł. Czuł przypływ energii i chęci. Nie wiedział czy to od kawy czy od aury panującej na dworze, a może od obu. - Ledwo co zjadłem śniadanie i wypiłem kawę na mieście, a już zbliża się pora obiadu. Znowu czas przeciekł mi między palcami. Jak krew. Krew wiąż zabijanego czasu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz